Czytasz
Tadeusz Dudek przeczytał „WIERSZE OSTATNIE” Ireny Słomińskiej

Tadeusz Dudek przeczytał „WIERSZE OSTATNIE” Ireny Słomińskiej

PRZECZYTAŁEM „WIERSZE OSTATNIE” IRENY SŁOMIŃSKIEJ

 

Są wśród nich i takie, w których ironiczny dystans do samej siebie jest bardzo duży, szeroko otwarta przestrzeń, rozmach, perspektywa (wiele odniesień także do tego co za oknem), dlatego z łatwością przychodzi mi je zrozumieć. „Upadek Troi” (z rozdziału „To tylko i aż magia”) jest typowym tego przykładem i jakże wdzięcznym tematem (także i w polskiej poezji klasycznej), choćby od czasu „Odprawy posłów greckich”. Wieszczy chichot Kasandry słyszę wyraźnie i dziś w swoich uszach, mimo że wokół mnie stało się jakby bardziej głucho, może ciszej, chyba też gorzej widzę, czego żona nie omieszka mi na starość wypominać, zwłaszcza gdy jej w brzuchu burczy. Ciężko wychować starego konia czy też osła, a żeby wytrząść z niego trochę grosza, nie wystarczy już tylko pociągnąć za uszy. Cóż, wprowadziła go kiedyś do domu, przyjęła do swojego serca, rzekłbym: na własne ryzyko i z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Ale nie o tym chciałem teraz mówić. Szczerze mówiąc, wciąż nie mogę oderwać myśli od pierwszego rozdziału tej książki: „Pożegnanie z matką”. Medytując nad nim odkrywam nadzwyczajne świadectwo miłości, jakieś sanktuarium kobiecej wrażliwości, wewnętrzny żar, rozniecony niegdyś iskrą bożą i jakby gwar języków ognia w duszy, wiele cieni, ale z drugiej strony (tej skrywanej nieco) jakąś miękkość w swej istocie, w samym centrum, w sercu, odziedziczoną po matce wraz ze słowem „przebaczam”. Siła kobiety zdaniem poetki pochodzi z napiętej struny, nie da się w pełni uchwycić sensu jej poezji, znaczenia, wytyczyć granic. Człowiek boi się dotknąć kochaną osobę, a rani ją wielokrotnie, jeden dla drugiego staje się wyzwaniem. Trudno o równowagę na takiej duchowej głębinie. Każdy buduje swoją własną arkę ze słów, aby utrzymać się na powierzchni wody, walczy i bije się ze swoimi myślami. Jest owocem poznania dobra i zła, z czasem dojrzewa, zwłaszcza gdy ten załamuje w nim swoje promienie. Córka marnotrawna zawija swoje myśli i wiąże w węzełek, rzuca rękawiczkę na ziemię i wyrusza w świat. Szuka wolności, a przecież i prawdy. Czasem unika wydeptanych przez dekalog traktów, a kiedy tęskni, otwiera księgę matki. I mam takie nieodparte wrażenie, że to jest jej prawdziwe źródło życia, pasji…

Wiersze ostatnie, zapisane na nowo itd. – komentarza i dialogu ciąg dalszy.

Czasem nie wypada zagłuszać ciszy nocnej byle słowem, budzić się z krzykiem, gdy mrok spowija jeszcze całą rzeczywistość, otwierać oczy na świat zbyt gwałtownie, oświetlać ciemność fajerwerkami swoich myśli. Doprawdy bezpieczniej jest nie przykładać do wszystkiego brzytwy własnego rozumu, nawet gdy już ci świta w łysiejącej głowie. Kiedy próbuję się wczuć w tę swoją bezsenność, tulę głowę do poduszki, w śmiertelnym uścisku pustki czekam na jakieś spełnienie i tak się wiercę, wiercę od czasu do czasu, usiłując odwrócić na tę swoją łagodniejszą stronę, zwłaszcza zanim wejdę w dialog z Innym.

Gdy poetka pisze tak frasobliwie o swoim ojcu (i to ponownie), wspominam czasy, kiedy czułem się jakby zniewolony całą kulturą, nie wiedziałem, jak się uwolnić od tych wszystkich idei, obrosłych cudzymi piórkami, jak odnaleźć w sobie choćby ciasną, ale własną przestrzeń pojęć. Jak nazwać to, co wokół, a nie popełnić jakiegoś plagiatu. I ja stawiałem wówczas opór tajemnicy, szukając miary do mierzenia wszelkiego sensu zdarzeń i zjawisk, ich głębi czy znaczenia. Brnąłem tedy tym swoim bezdrożem, od przypadku do przypadku i nie było mi łatwo wiązać słowa z sensem, przyszłości z przeszłością ani końca z końcem. Trudno bowiem wykreować cokolwiek bez żadnej teorii, nie czepiając się czegokolwiek, trudno o czyste, nieuprzedzone w żaden sposób doświadczenie czy też nagi fakt. Tak czy inaczej trzeba się w końcu na czymś oprzeć, zdecydować, założyć. Nawet gdy mowa o czymś tak malutkim jak ja sam, o nicości, która drży na wietrze, patrząc z góry śmierci w oczy.

Dziś już nie umiem utrzymać w sobie takiej powagi prawd ogólnych jak kiedyś. Wiele ważnych dla mnie spraw i rzeczy znikło już z horyzontu, być może czuję zbyt duży dystans albo i gorzej widzę, nie szukam już dziur w całym, w każdym razie nie bez stosownych narzędzi, choćby jakiegoś kilofa topornej poezji, jak to pisze poetka. Przez kilka kolejnych nocy starała się przełożyć język krnąbrnego ciała na język ducha, wsłuchiwała się w tym celu w ciszę muzyki sfer. Łatwo nie jest, wszak trudno wszystko utrzymać pod kontrolą, w sobie uporządkować, zwłaszcza kiedy brakuje idei i zasad, a i stąd do wieczności odczuwa jakiś dystans, niekiedy nawet silny chłód, bywa, że i niebiańska pustka ją przygnębia. By lepiej widzieć, wciera w okno przeźroczystość, ale na szybach pozostają jakieś smugi światła i cienia. Świat się rozpada, cały ten zgiełk w rzeczy samej osiada na krawędziach czasu, tylko licho nie śpi i zostaje na zawsze w pamięci. Człowiek ukradkiem wymyka się Stwórcy, schodzi mu z oczu, zamienia nadzieję na limuzynę, poeta słowo na wino, a twórca to taki demiurg, którego przerasta delikatne tworzywo świata.

Na brzegu „Morza Spokojnego” poetka stara się wewnętrznie wyciszyć (choć to wyjątkowo trudne, zważywszy, że głębia jest tak wielka), przesypuje bosą stopą piasek gwiazd, obserwuje zmarszczki na wodzie, spowodowane rzuconym w nią życiem, w końcu zastyga jak ten posąg na skraju drogi. Patrzy śmiało wprost przed siebie, a czas odwraca ku niej swoje nieznane dotąd oblicze – nie pustkę samą w sobie, ale taką, by ją czymś wypełnić (podobno nie ma złej śmierci). Poetka pyta, czym jest poezja: emocją, uczuciem, natężeniem głosu albo słowem jak kilof wydobywającym czarne złoto, sens, znaczenie, piękno czy blask rzeczy, może wodą, obmywającą rzeczywistość, o której mówi, odsłaniając jej czystą istotę, a może takim słowem, które dopiero w niej rozkwita i umiera, mówiąc wprost – jakby nową szansą na życie? Bez wątpienia to niewyczerpany temat – morze i ocean. Okazuje się też, że jej wiersze zdarzyły się dzięki spotkaniu z Innym, który nazwał ją po imieniu, gdy padało, może i z jakiegoś zderzenia się przeciwieństw (dobrze to rozumiem), które zrodziło nową jakość słowa, bo deszcz spłukał to, co nieistotne. Kiedy interferują fale światła, znikają (ponoć) wszelkie nazwy, spokojne.

Światło księżyca srebrzy się w jej włosach, lęk ukrywa się w odliczaniu (w czasie). Poetka, by nie upaść, trzyma laskę w dłoni, z bólem waży sens istnienia. A Bóg odlicza jej lata, wszystkie cztery pory roku. Teraz jest zima, a ja jak Kaj (czuwam i myślę patrząc w lustro), jeszcze za młodu utkwił mi w oku jakiś baśniowy okruch lodu, struktura kryształu, liczby doskonałe, idea, matematyczny wręcz porządek, wspólny mianownik, koegzystencja ducha i materii na samym szczycie, czapa lodowa, wieczność, która beznadziejnie w końcu zastyga. Pojawiają się ku przestrodze paradoksy myśli i czasu – nierozstrzygnięty dotąd wyścig zająca z żółwiem, strzała wystrzelona z łuku przez Achillesa, która nie osiąga celu. Nie ma szans, człowiek w życiu nie spocznie, póki czegoś nie wymyśli, choć nikt go do końca nie zrozumie, ale mnie w swej istocie już nie cieszy ani farsa, ani teatr, ani maska, tylko piękno w czystej postaci, rzeczywistość prawdziwa do krwi i kości (faktycznie jestem jej fanem). Gdy w poświacie zieleni tli się jeszcze zeszłoroczne życie, jakieś złote ziarna słów utkwiły już w głowie, w idei nowego bytu, płoną lodowe pałace, piękno i blask odbija się w wiecznym piórze. Ale myśli poetki ogrzewają jej zziębnięte dłonie, jest nadzieja, w końcu przecież nadejdzie wiosna, wzejdzie ozimina. W pokoju buzuje wieczny ogień w kominku, czuję jakąś silną osobowość i jej wielką wieloznaczność, a wiatr emocji świszczy mi w uszach, zaczynam się nakręcać, myśleć jak to dziecko w raju, mówiąc wprost i to, o czym szumią wierzby, choć wiem, że to wcale nie taka nowa melodia, w swej istocie to stara baśń.

Jej mąż jak kot chodzi własnymi drogami, a że ma dobre buty, to i życie staje się wraz z nim jak bajka. Jest pewny siebie, płodny, więc pisze dużo i to z głowy, z serca, a nawet nogami. W głowie układa czasem i całą historię, w której wiele się dzieje, kreuje nową rzeczywistość, choć w słowach bywa na ogół oszczędny. Kiedy ma na coś chrapkę, na jego drogach mogą zakwitnąć kasztany, nawet ptaki, i myszy. Odradza się jak Feniks, bo jest panem swojego losu. Gubi ogniste piórka tylko po to, by jego żona mogła je odnaleźć, pochwycić i zrozumieć, jak w swej istocie pozorne, bywa oczywiste (to piękne). Poetka naśladuje, stara się ukształtować jakiś nieokiełznany w sobie pęd, chaos (jang) i przerost formy nad treścią. Podlewa, przycina, szuka w sobie pokory, sensu, dobrej gleby, wyczucia, różnych kultur, czasem ucieka i w modlitwę, ale najczęściej patrzy z czułością na to swoje drzewko życia (bonsai).

Wiersze zapisane na nowo – czyli to tylko i aż magia.

Poetka chowa w sobie głęboko doznanie lasu, który wszelkiemu stworzeniu zapewnia bezpieczne schronienie (a choćby i miękką ściółkę za poduszkę), rzeczywistość jakby ze snu, mchu i paproci, tęsknotę dziecka za życiem w pełnej harmonii, w zgodzie z naturą, jakby za czarem w kniei, jej nieodpartym urokiem, uroczyskiem, nosi przy tym nawet jakieś przeczucie nieskończoności. Nie znajdziesz jej w burzy, ani w trzęsieniu ziemi oczywiście, ale w ciepłym powiewie, biegnie lekko i na bosaka za cieniem sarny, gra na lirze swojej poezji. W takim to nastroju zegar słoneczny z kurantem, radosny śpiew ptaków albo i cała symfonia natury budzi ją z drzemki. Z zadziwieniem otwiera oczy na świat, kiedy już strząśnie z powiek tę przyjemną ociężałość snu.

Kobieta jest jak amfora pełna dojrzewającego wina. Mężczyzna obok siłą rzeczy musi zachować zdrowy rozsądek, nie może tracić głowy, sącząc skromnie i cicho o zmierzchu subtelną łagodność tego trunku, spijając jego blask i cierpki smak, a on przeniknie wszystkie komórki jego ciała, aż po te szare już o świcie. Niejednemu po przebudzeniu wydawało się, że widzi nad sobą oczy anioła, za oknem jakby błękit pijanego nieba. Prawdę mówiąc po czymś takim nawet słońce się może zataczać, aż głowa boli (to nie cud). Kobieta oczywiście jest jak wino, im starsza tym lepsza, jej zapach unosi się w pokoju i bez względu na wszystko, co ją doświadcza, trwa. Według poetki tak naprawdę jest ona ulotnym złudzeniem, a uwolniona wreszcie od mężczyzny odrodzi się jako nimfa – taki to nasz męski los i przeznaczenie.

Trudno utrzymać się na nogach, w powietrzu, tym bardziej zachować dystans, gdy ciało odmawia ci posłuszeństwa, cierpisz, a ból przenika cię do szpiku kości, twój mały pokoik staje się prawdziwą otchłanią, nawet droga do łóżka nie jest łatwa. Świat się chwieje, tchu brakuje, czasem i słów. Być może tu i ówdzie skorygować trzeba światopogląd (a choćby zapytać, czym jest działanie, kiedy boli). Co tu jest prawdą, a co ułudą? Poetka od czasu do czasu chwyta się mebli, ucząc po omacku domowego alfabetu, a nawet pisać na nowo w tej sytuacji, by mimo wszystko (a choćby i na przekór) jakoś żyć – jej duch w słabości się doskonali. Próbuje zapanować nad chaosem myśli i otaczającej ją rzeczywistości, walczy z wysiłkiem o najtrafniejszy dobór słów (i to jest piękne), stara się nazwać otaczające ją rzeczy po imieniu, szuka jakiegoś nowego porządku – bez dwóch zdań, to cierpienie jest bardzo prawdziwe. Zatem, czy może się na tym oprzeć nasza egzystencja?

Rozmowa z poetką staje się jeszcze ciekawsza, kiedy zaczyna uświadamiać sobie obecność ciszy, która się w nią bacznie wpatruje i wsłuchuje. Nie jest bez znaczenia to, czym ona jest, co się w niej kryje. Poetka stwierdza, że jest samą barwą (wolną od życia, pracy i pośpiechu…). Dodałbym, że i jakimś promieniowaniem tła z całej historii człowieka, a także jego przeczuciem przyszłości, mówiąc wprost: czuwaniem i oczekiwaniem. Jej cisza ponadto łaknie wyrazu, wewnętrznego ognia, próbuje się w coś wcielić, niekiedy zrodzi tylko mysz, ale bywa, że wyłania się z niej i jakiś demon, smok (wąż), który nie tylko zionie ogniem, ale i pożera (to prawdziwsze i częstsze, niż się na pozór zdaje). Ale może jeszcze gorzej poetka się czuje, gdy wyłoni się z niej jakaś bezkształtna pustka, ciemność (lęk, zwątpienie, niepewność, które doprawdy nie wiedzą, w co się wcielić i chcą wciągnąć wszystko wokół w ten swój wewnętrzny chaos) – niesamowite, że to wszystko mieści się w niej (w samej głębi, w tle). Mając tego świadomość, poetka stosuje specyficzną dietę, żywi się słowem, niekiedy i całym wierszem, chrupie je na deser, chowa też w sobie jakąś tęsknotę. Cisza potrafi zaskoczyć, faktycznie, trudno się w tej sytuacji nudzić, a i trzeba nauczyć się z nią żyć. Poetka próbuje ją oswoić, związać słowem, a choćby i wstążką od przyjaciela, na wszelki wypadek jednak zawsze nosi też i tę swoją czarodziejską różdżkę z sobą i jakieś zaklęcie silniejsze nawet niż samo życie (tak czy inaczej, skazani jesteśmy na wieczność).

Rozmowa niekiedy się komplikuje, nie zawsze jest taka łatwa, zwłaszcza, gdy wyobraźnia mnie zawodzi, a poetka próbuje w nią wpisać tylko wyobrażenie siebie. Stara się uwić gniazdko w mojej wyobraźni, słowem zapłodnić, złożyć ja-ja, a nawet wysiedzieć w końcu jakiegoś żar-ptaka. Czasem niestety ją rozczarowuję (nie zawsze człowiek jest dość otwarty), rozmowa się nie klei. Moje drętwe, sztuczne ja nie nadaje się na to, by je powielić (chwilami żyję w innym świecie). Być może to natura miasta odcisnęła na mnie swoje piętno, straciłem wszystkie swoje piórka (a włosy na pewno), bywa, że brakuje mi niekiedy tej naturalnej lekkości, która pozwala choć od czasu do czasu wzlecieć. Trochę mi łyso, szukam jakiejś dobrej odpowiedzi, innym razem – drogi ucieczki, ale widzę przed sobą tylko siwy dym z komina (starość nie radość, a za oknem zima). Poezja bowiem to nie tylko doświadczenie, nie tylko jakaś wyuczona teoria metafor, odniesień do rzeczywistości, bywa kapryśna, pełna emocji, choćby w burzy skojarzeń wymyka się spod kontroli albo po prostu kieruje się swoimi własnymi prawami. Niektórzy jednak są uparci, dają sobie szansę, czas na to, by to coś innego w końcu w sobie uporządkować, a może i zrozumieć.

W rozdziale „To tylko i aż magia” wiele się dzieje, a poruszane sprawy są ważne i warte przemyślenia. O tym, jak zasłaniamy się formą i to już od dziecka (np. w piaskownicy), choć wtedy wydaje się, że to była tylko taka zabawa, potem forma staje się dla nas tarczą, bronią. Jej rzeczywistość staje się wierszem, gdy dobrze poszukać, niektóre trafią się nawet w kapuście. Poetka pisze o swoim lęku przed zasłoną wron, która nagle zamroczyła całe niebo, a nawet o upadku Troi. Nie potrafię w rozsądnym czasie wyczerpać tematu tego rozdziału, więc pochylę się na koniec nad jej wierszem „Ja – czarownica” (wprawdzie jeszcze z poprzedniego rozdziału, ale i na czasie, i na temat, więc czemu nie).

Otóż zdaniem poetki znowu wszędzie płoną stosy, rozpaliła je też ta moja świadomość. Ta stała gotowość do oceny poezji Innego, taki surowy krytyk sam w sobie i jakby wewnętrzne zmaganie, nieustanna inkwizycja, nie tylko taka od święta. Poetka czuje się bezbronna, wystawiona na osąd, rumieni się i widać, że cała już płonie. Trudno z obcym dzielić ziemię, mimo że na pozór wiele nas łączy. Choćby ta strefa mroku i cienia, do której zawzięcie bronimy przed sobą dostępu (bo to przecież zakazana strefa). Rzucamy w niej na siebie jakiś urok, ponoć nic co ludzkie nie jest nam obce. Mimo to i czarownice, poetki i ich pożal się Boże łowcy, przemierzamy słowami cały ten świat, aby się w końcu jakoś wzajemnie zrozumieć.

Tadeusz Dudek

________________________________________
Irena Słomińska –
urodziła się w 1948 roku, w Siemiatyczach. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Poetka, autorka recenzji, współredaktorka tomików. Debiutowała w 1975 („Głos Szczeciński”). Opublikowała arkusz poetycki Stopa za stopą (Szczecin 1976) oraz w Białymstoku tomiki: Granice (1990), Powracają ogrody(1994), A przecież jest jeszcze miłość (1999), W błękicie odnajdziemy się o zmierzchu (2001), Przebaczyć sobie dzień (2003), A w kruchej skorupce dusza (2004), Smak istnienia (współautorka, 2009), Pogranicza (2011), Przydrożnym różom nie brak wyobraźni (2012), Doznania (2016), Tożsamość (2018), Jestem (2019), Nieskończony wiersz (2019), Nić, nie tylko Ariadny(2020), Lampka wiary (wybór), (2020). Związana z Nauczycielskim Klubem Literackim w Białymstoku. Jest członkiem Związku Literatów Polskich. Mieszka w Białymstoku.

Tadeusz Dudek, urodzony w 1957 roku, matematyk z wykształcenia, zatem ścisły umysł i pasjonat naukowej wizji struktury wszechświata oraz fizycznej strony naszej rzeczywistości. Internowany w 1981 roku za działalność opozycyjną i poglądy. Mieszka w Katowicach. Jego świadomość poetycka została ukształtowana między innymi na poezji Zbigniewa Herberta oraz poezji i filozofii Karola Wojtyły, z którymi swego czasu wchodził w dialog, aby co nieco z tego pojąć. Odtąd ten dialog stał się jego wielką pasją i ważną aktywnością literacką, zarówno na portalach poetyckich, jak i przy okazji komentowania tomików i wierszy poznanych poetów i poetek (sam publikuje tu i ówdzie). Twierdzi, że aby zrozumieć ten świat, nie wystarcza poznanie jego fizycznych aspektów, trzeba też wniknąć w ten wewnętrzny, osobowy, o niebo bardziej skomplikowany i fascynujący świat. Trzeba w tym celu porozumieć się z Innym, a język poezji jego zdaniem służy do tego najlepiej. Jest przekonany, w ślad za niektórymi z filozofów, że prawda ma przede wszystkim wymiar podmiotowy, nie tylko obiektywny.

 

 

 

 

 

 

 

 

Przewiń do góry
Skip to content